Veles krząta się po domu, parzy herbatę, pali papierosy, czyta jakieś bzdury, ale raz po raz przyłapuje się na tym, że wstrzymuje oddech. W takich chwilach z ust wyrywa mu się odgłos bólu prawie nie do zniesienia. Nie sposób umiejscowić tego bólu gdzieś w ciele. Dokładnie rzecz biorąc, nie jest to nawet jego ból. Veles czuje, jakby jakaś istota w jego wnętrzu straszliwie cierpiała, a on nie wie dlaczego, ani jak uśmierzyć ten ból, który odbiera jako paraliżujące znużenie, niemożność wykonania choćby najprostszej czynności, jak wypełnienie wniosku o wydanie dowodu osobistego. Co noc obiecuje sobie, że zrobi to nazajutrz, ale nazajutrz stwierdza, że po prostu nie może. Myśl o tym, że miałby usiąść i to zrobić, sprawia mu pośredni ból, który wysysa z niego siły, tak, że ledwo może się ruszyć.
Co jest nie w porządku? Po pierwsze to, że nie ma ani jednego miejsca, skąd cokolwiek wygląda w porządku. Veles nie może wyobrazić sobie drogi wyjścia, ponieważ nie ma miejsca, które mógłby opuścić. Jego jaźń rozsypuje się na strzępy i odłamki, fragmenty starych piosenek, luźnych cytatów, ulotnych, zdecydowanych i ukierunkowanych zrywów, które nie prowadzą do nikąd i do nieczego, jak ciało opuszczane w chwili śmierci przez kolejne dusze.
(William S. Burroughs, Zachodnia Kraina)
To już rok.